|
 2.10.2006r.
Telefon od Grześka Olejnika: „Od niedzieli
08.10.2006 r. zapowiada się dobra pogoda w
Dolomitach pozwalająca na spokojne latanie, zrób
wszystko co w Twojej mocy by wyjechać na test Omeg
7."
Jak powiedział − tak zrobiłem. Szybka zamiana dwóch
dyżurów i oczekiwanie na potwierdzenie prognozy
pogody. Perspektywa odpoczynku wraz z przyjaciółmi
wśród pięknej górskiej scenerii, z dala od problemów
zawodowych, ze świadomością, że będę miał do
dyspozycji trzy glajty tj. swoją Omegę 6, dzięki
uprzejmości Grześka Sigmę 6 oraz dzięki Marcinowi
Gorajskiemu Omegę 7, rozbudziła moje marzenia i
wzburzyła krew w żyłach. Oczekiwanie…
07.10.2006r. (godz. 22:30)
Przyjechali pod dom: Ania Gałek, Grzegorz Olejnik,
Grzegorz Szafrański.
Szybkie pożegnanie z rodziną, później trochę
formalności na granicy: winiety, ubezpieczenia i
zakup kultowych biało-czerwonych ‘beanie’
(„małyszki”)
08.10.2006r.
(rano)
Wita nas świt w Canazei − minus dwa stopnie
Celsjusza, szron na stokach topiony przez wschodzące
słońce i przepiękne skały Dolomitów, które są naszym
celem. Pierwsze wrażenia to oszołomienie pięknem
nagich skał i ośnieżonych szczytów. Jestem tu po raz
pierwszy i nie mogę pozbyć się mieszanych uczuć; z
jednej strony cudowne góry i świadomość, że będę je
oglądał z lotu ptaka, a z drugiej poczucie małości
wobec Stwórcy tego krajobrazu, jak i świadomość
niebezpieczeństw wynikających z nieznajomości
terenu. Podniecenie to chyba to, co przyćmiewało
wszystkie inne doznania. Kilka telefonów, aby
potwierdzić prognozę i zaskoczenie - zbyt silny
ponad regionalny, północny wiatr i brak szans na
bezpieczne latanie. Decyzja: jedziemy do Bassano.
Po trzech godzinach jazdy docieramy na Cima Grappa.
Warunki: silny zachodni wiatr i nakładająca się na
to jesienna termika. Wniosek: brak szansy na daleki
lot, ale warunki umożliwiające przetestowanie
nowiutkiego glajta − Omegi 7. Chyba nie muszę
opisywać jak się czułem wyciągając to „cudo” z
plecaka. Czytałem wcześniej opis DHV i przyznaję, że
przygotowywałem się do startu z uzasadnioną pokorą.
Kilka alpejek na początek i zaskoczenie − glajt
wstaje spokojnie i łatwo, łatwiej niż moja Omega 6,
daje utrzymać się nad głową. Obserwacja kolegów w
powietrzu (powietrze bez nadmiernych turbulencji) i
start. Pierwsze wrażenia to spokój i niewyrażona
radość. Skrzydło prowadzi się bezpiecznie i pewnie,
czasza stabilna, sterówki od pierwszej chwili
zdefiniowane z wyraźnym oporem przed punktem
przeciągnięcia i nieco twardsze niż w Omedze 6,
słowem takie jak lubię. Sygnały z glajta trochę
bardziej przenoszone są na uprząż, ale już po
kilkunastu minutach lotu można się przyzwyczaić.
„Zabawa na 102” i w całej tej zabawie nie
dostrzegłem, że inne glajty „dały w ziemię”, a my
latamy. To cudowne uczucie towarzyszyło mi do końca
tego lotu, ale nie była to ostatnia przyjemność tego
dnia. Na lądowisku nieprawdopodobne zainteresowanie
skrzydłem innych pilotów, głównie z Włoch i Niemiec.
Nowe znajomości, kontakty. Po dniu pełnym wrażeń
kolacja w ulubionej restauracji i zasłużony
wypoczynek w hotelu. Już wiemy, ze jutro
„zadziałają” Dolomity, więc trzeba się porządnie
wyspać.

09.10.2006r. Przełęcz Sella, startowisko pod „lokomotywą”. Ogrom
skał, przy których mamy latać przytłoczył mnie za
bardzo. Dodatkowo piloci, którzy byli w powietrzu
nie zdradzali znajomości, co do prawa pierwszeństwa.
Stres, stres i jeszcze raz stres. Tylko dzięki
determinacji kolegów i ich wiary w moje umiejętności
wystartowałem. Pierwsza godzina lotu to w dalszym
ciągu stres i pełna koncentracja. Żagiel termiczny,
którego nigdy nie lubiłem oraz bliskość pionowej
ściany, przy której nosiła „winda do nieba” nie
pozwalała mi początkowo czerpać przyjemności z lotu.
Kiedy jednak uświadomiłem sobie, że latam na
bezpieczniejszym niż dotychczas skrzydle oraz, że w
gruncie rzeczy nie dzieje się nic nadzwyczajnego,
odprężyłem się i zaczerpnąłem pełną piersią z tego,
co oferuje lot w takim miejscu, na takim sprzęcie.
Ekstaza to jedyne słowo,
jakie przychodzi mi do
głowy. Poczucie
przestrzeni spowodowane idealną przejrzystością
powietrza, widziane na horyzoncie czterotysięczniki
pokryte lodowcami, barwy jesieni w dolinach,
latający obok piloci oraz wszechobecne wieszczki
sprawiły, że miałem ochotę wykrzyczeć to szczęście
wszem i wobec. Nie latałem dotychczas w wielu
miejscach, ale trudno jest mi sobie wyobrazić
bardziej urokliwe. Wspaniały dzień zwieńczony
dodatkowo lądowaniem Grześka Szafrańskiego na
Marmoladzie (5 członek Polskiego Klubu Marmolady)
oraz kolacją w towarzystwie dwukrotnego zdobywcy
Pucharu Świata PWCA Jimmy Pachera, niekończące się
opowieści o wrażeniach z minionego dnia i wymiana
doświadczeń, z których staram się zawsze czerpać
pełnymi garściami, i jeszcze jeden szczegół -
sms-owe podziękowania dla Gorajka za pożyczony
sprzęt. I jak tu zasnąć po takim dniu? A sen był nam
znowu potrzebny, gdyż w planie na następny dzień
były szczyty Tre Cima de Lavareto, miejsce gdzie nie
latał dotąd jeszcze żaden z rodaków.
10.10.2006r.
Wyjazd z samego rana i malownicza droga przez góry z
dala od autostrad.
Na miejscu niemiła niespodzianka; silny boczny wiatr
uniemożliwiający start, choć perspektywa latania w
takim miejscu kusiła nas bardzo. Widoki
rekompensowały nam po części żal z niedostatków
pogody. Dodatkową atrakcją były wieszczki, które jadły
nam z ręki po tym jak zorientowaliśmy się, że
przepadają za serem, a niespecjalnie lubią chleb.
Nie mogliśmy się jednak pogodzić z faktem, że dzień
minie nam bez latania, stąd też decyzja o podróży do
Austrii.
Los niestety nie był tego dnia dla nas łaskawy,
ponieważ skończyło się na zlotach. Jak mówią znawcy
tematu dwa dni lotne na trzy to doskonały wynik.
Powrót bez niespodzianek i jak zawsze mało
ekscytujący.
Na koniec tej krótkiej relacji pragnę podziękować
Grześkowi przede wszystkim za to, że namówił mnie na
ten wyjazd, Ani za cierpliwość i wspaniałą foto
relację z wyjazdu, jak również Grześkowi
Szafrańskiemu, który zabrał nas swoim samochodem.
Powiem tylko jedno, dla takich wypraw warto żyć!
przygotował: Grzegorz Buławski
Zdjęcia z tego wyjazdu znajdziesz w galerii − folder:
Dolomity (październik 2006).
Warto też zerknąć do drugiego folderu:
Dolomity (wrzesień 2006).
Polecamy również obejrzenie filmu Marcina Kostura
Dolomiti (4:43)
wstecz
|